Postanowiłam, że będę malowała akwarele częściej niż dotąd:). Czuję, że gdy się "rozmaluję", pędzel jest bardziej posłuszny i "lżejszy". Jeszcze nie wiem jak , ale postanowiłam się zmobilizować. Mam nadzieję, że jak zdeklaruję się na blogu, będzie mi (z moim nieszczęsnym poczuciem obowiązku) łatwiej wytrwać:).
Tymczasem za oknem burza, idealny czas na malowanie, a ja siedzę w fotelu z książką i .....no właśnie:):)
Ale tyle książek jeszcze czeka.
Mój mąż zakupił sobie parę lat temu czytnik. Nie było to nić nadzwyczajnego, bo gadżeciarzem jest niereformowalnym. Wychwalał zalety ustrojstwa, ale jakoś długo nie mogłam się do niego
(czytnika, znaczy się:)) przekonać. Bo to nie pachnie, jak tylko nowa książka pachnieć potrafi, nie ma okładki, która czasem zachwyca bardziej niż zawartość:), nie czuję czy to opasły tom, zapowiedź dłuższej przygody, czy krótka "jednodniówka". Słowem jakieś takie zimne i pozbawione "duszy":).
I tak trwałam w tym uporze do czasu pierwszego urlopu z czytnikiem:)
Wreszcie przestałam się bać, że może mi zabraknąć "czytania". Ten niepokój dotykał mnie najmocniej za granicą, gdy nie było możliwości dokupienia jakiegoś czytadła. Teraz wreszcie poczułam sytość:).
Przed wyjazdem zakupiliśmy kilka ebooków, kilka miałam już w "biblioteczce". Bagaż zmniejszył się o kilka kilogramów:). Właściwie wszyscy, poza Mają, mamy już swoje własne czytniki z własnym księgozbiorem. Chłopcy w tej formie czytają wszystkie lektury, książki obcojęzyczne i te których nie sposób "złapać" w bibliotece.
Oczywiście, ja czasem robię sobie przyjemność w postaci świeżutkiej prosto z księgarni , papierowej książki, ale są to takie pozycje, które chcę mieć na półce, bo do nich wracam.
I tak niepostrzeżenie, ja wielki przeciwnik elektronicznych książek zaczynam je ... lubić:).
Aż strach pomyśleć co jeszcze mogę polubić??:):):)
***
Pozdrawiam konsekwentnie:):)